platforma blogowa portalu gazeta lubuska

Archiwum kategorii: Bez kategorii

Czy nieprzemyślane inwestycje zniszczą Łagów?

- To dla nas pięć minut, by Łagów stał się prawdziwą perłą – mówi wójt Łagowa i trudno się z nim nie zgodzić. Ale by pielęgnować to miejsce – samą miejscowość, lasy i jeziora – pieniądze nie wystarczą. Potrzebna jest jeszcze wyobraźnia, bo trzeba umieć przewidzieć skutki nieprzemyślanych decyzji.

Do takich moim zdaniem – ale nie tylko moim – należą te o ucywilizowaniu dotąd dziewiczych terenów nad jeziorem Trześniowskim. Gmina pozwala tam na budowę osiedla czy wytwórni wody. Wójt jednak nie wystąpił o analizę wpływu tych inwestycji na obszar Natury 2000, który rozpościera się tuż obok, mimo że organizacja pozarządowa powiadomiła go, że zabudowa może mieć wpływ na rzadkie gatunki roślin i zwierząt (nie wspominając o krajobrazie). To tak jakby pozwolić na powstanie ośrodka narciarskiego nad Morskim Okiem. Albo zabudować Puszczę Białowieską!

Idzie o niszczenie tego, czego już człowiek nie będzie w stanie przywrócić, a co stanowi o tym, że Łagów jest postrzegany jako perła. Oraz o chaos architektoniczny – w Łagowie bowiem jest mnóstwo terenów, na których może rozwijać się budownictwo… Dlaczego akurat tam ma ono powstać?

Wieczór w Bieli odwołany. Spotkamy się 13 lutego

Dziś w Piekarni Cichej Kobiety przy ul. Fabrycznej w Zielonej Górze miała odbyc się degustacja win białych. Niestety właściciele lokalu odwołują tę imprezę i przekładają na 13-ego lutego.

Więcej informacji i rezerwacja miejsc u gospodarza – Kamili Nowak, tel.  501 093 724.

Jak między Łazem a Zaborem rodzi się winnica

Primo: planowana 50-hektarowa winnica jednoczy winiarzy i ułatwi im wprowadzenie wina na rynek. Secundo: dzięki inicjatywie lubuskie wino staje się najpoważniejszym kandydatem do miana marki województwa. A to że potężna winnica między Łazem i Zaborem ma szansę powstać zawdzięczamy skutecznej pracy wicemarszałek Elżbiety Polak.

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

W Europie wino jest znakiem reklamowym regionów. Chwalą się nim samorządy, które propagują i kreują rozwój winiarstwa – w interesie społeczności lokalnej i swoim.

Wszędzie na świecie winnice są kołem zamachowym rolnictwa, przemysłu turystycznego, ale nie tylko tego. Potrzebne są bowiem profesjonalne wytwórnie – które często tak jak w naszym regionie muszą powstać od nowa – czy sprzęt do produkcji napoju bogów: zbiorniki, prasy, filtry, pompy, a potem butelki, korki, etykiety…

Przy samych winnicach powstają restauracje, hotele, gospodarstwa agroturystyczne. Tak jest na południu Europy. Albo u naszych sąsiadów zza miedzy – w Czechach, na Słowacji czy nad Renem.

Dziś województwo Lubuskie pracuje nad swoją marką. Co nią będzie? Czy właśnie wino? Z badań przeprowadzonych przez Studio Bakalie nasz region najczęściej kojarzony jest właśnie z winem i winnicami. – A pomysł stworzenia winnicy ma ogromne znaczenie w obliczu pracy nad marką – stwierdza wicemarszałek Elżbieta Polak.

Powstawanie marki obliczone jest na kilka, a czasem kilkanaście lat. A w kampanii reklamowej ważne są emocje, które najlepiej oprzeć na zmysłach. Czy znacie aromaty lubuskich win, w których dominują cytrusy, kwiaty i zioła? Nie? Podczas ostatniego lata przekonały się o nich tysiące turystów – tych którzy wzięli udział w lubuskiej akcji otwartych winnic. Nie przegapcie kolejnej okazji – podobna akcja zostanie przeprowadzona w tym roku…

A jednak lubuscy politycy nie są zgodni, że to wino powinno służyć promocji regionu. Wadim Tyszkiewicz chce na przykład, by była nią gospodarka i nowe technologie, że szansą na rozwój w tym kierunku jest położenie geograficzne Lubuskiego.

Ale tylko wino i winnice to marka zakotwiczona w tradycji oraz odnosząca się do przyszłości. Winnice istniały tutaj już w średniowieczu – tak w okolicach Zielonej Góry jak i Gorzowa, i z wielkim zaangażowaniem pisał o nich jakieś pół wieku temu Leopold Tyrmand. A w ostatnich latach rozwijają się znów z niezwykła siłą – mało kto wie, że te o największym areale, sięgającym 20 ha, są na północy regionu – w okolicach Mierzęcina.

Lubuskie wino to zatem nie tyle Zielona Góra, co Lubuskie.

Choć zdawałoby się, że właśnie miastu nazywanemu Winnym Grodem powinno najbardziej zależeć na podtrzymywaniu czy odnawianiu winiarskich tradycji. Tak też myślałem, gdy przed trzema laty ogłosiłem na łamach Gazety Lubuskiej tekst pt. Zainwestujmy w winorośl.

Tak, tak – chodziło o to, by właśnie Zielona Góra założyła winnicę między Łazem a Zaborem. Miasto rozglądało się za ziemią pod inwestycje i nie wykluczało zakupu gruntów w innej gminie. Jednak urzędnicy magistratu tematu nie podchwycili, bo co to za inwestycja w wino? High-tech to dziś kręci wszystkich…

Tematu nie podchwycił ani prezydent Janusz Kubicki, ani wiceprezydent Mariusz Woźniak, który teraz, znów jako urzędnik magistratu, wykazuje ogromne zainteresowanie sprawą i nie omieszkał pojawić się na ostatnim spotkaniu w Zaborze.

Ale wróćmy do przeszłości. Po artykule, który dla wielu był tylko szaloną wizją, redakcyjny kolega Tomek Czyżniewski dał autorowi do zrozumienia, że ten pomysł to utopia. Innego zdania była Agnieszka Stawiarska, która zachęcała, by nie odpuścić.

PICT0419

W ubiegłym roku u wicemarszałek województwa Elżbiety Polak nieśmiało wspomniałem o tej idei (idei? wizji? śnie szaleńca?), choć Przemek Karwowski z Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarzy szturchał, żeby milczeć. Nie sądzę, żeby był wrogiem takiej winnicy. Raczej sądził, że to nierealne. Potem zresztą sam prezes Roman Grad zganił mnie, że tematów swoich spotkań z Elżbietą Polak nie konsultuję z zarządem stowarzyszenia, i wymienił paragraf statutu, z którego za brak dyscypliny mogę zostać wykluczony z grona członków…

Ale nic to. Przecież do nikogo żalu nie mam, może nawet panowie mieli trochę racji. Może.  Pytanie zasadnicze brzmi: co na to pani marszałek? – No to do dzieła! – stwierdziła z entuzjazmem i już całkiem zasadniczo dodała: – Poproszę o pismo stowarzyszenia w tej sprawie, które będzie zawierało numer działki, a potem zorganizujemy spotkanie z przedstawicielami Agencji Nieruchomości Rolnych oraz osobami z odpowiednich departamentów naszego urzędu.

Nieprawdopodobne – pomyślałem zaskoczony – czyżby idea prawdziwego powrotu winiarstwa na te ziemie miała się ziścić? Bo nie oszukujmy się – te kilkanaście w połowie raczkujących winnic, które mamy, nie czynią regionu mekką polskiego winiarstwa. Natomiast ta, założona na wzór funkcjonujących w tradycyjnych krajach winiarskich takich jak Niemcy, Austria czy Francja – zmieniłaby diametralnie ten stan rzeczy, i wtedy też – już bez dwóch zdań – wino i winnice zasługiwałby, jak żaden inny lubuski produkt, na miano marki województwa.

W każdym razie podczas poważnej debaty w urzędzie marszałkowskim, która odbyła się w listopadzie okazało się, że ANR może przekazać grunt samorządowi województwa bądź gminy, o ile jeden bądź drugi ma w swoich celach rozwój winiarstwa. Marszałek ziemię przekazałby Ośrodkowi Doradztwa Rolniczego w Kalsku, a ten wydzierżawiłby ją winiarzom.

Proste, prawda? Ale żeby nie było za łatwo, w winnicy zagrożenie zwietrzyli mieszkańcy gminy Bojadła. No bo droga z Zielonej Góry do mostu na Odrze ma przechodzić przez teren, na którym powstanie winnica. Będzie winnica, nie będzie mostu – boją się ludzie zza Odry. I wtedy stają się przeciwnikami winnicy.

Ale spokojnie! Temat podejmuje wójt Zaboru Andrzej Bukowiecki. Zaprasza Elżbietę Polak, wójta Bojadeł Jacka Bilińskiego, winiarzy, Emiliana Dzika – zastępcę dyrektora oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, przybywa zastępca dyrektora zarządu Dróg Wojewódzkich Ewa Staruch oraz podległe marszałkowi służby i projektanci.

Urzędnicy są przygotowani. Zastępca wójta Zaboru Czesław Słodnik robi prezentację multimedialną i wykazuje, że winnica może zająć aż trzy działki. I wtedy jej powierzchnia sięgnie aż 55 hektarów!

Bo obok gruntu zajmującego powierzchnię 37 ha, o którym myśleliśmy wcześniej, dwa sąsiednie – o powierzchni 18 ha – również należą do ANR.

Podczas spotkania okazało się, że droga do mostu w Milsku będzie rzeczywiście przebiegać przez pola między Łazem i Zaborem. Chociaż ani E. Polak, ani E. Staruch nie wykluczyły możliwości, że trasa ominie Łaz od strony północnej i uwolni wspomniane działki. Zmiana koncepcji kosztowałaby około 60 tys. zł.

Ten koszt miałaby ponieść gmina, wójt jednak nie godzi się na to, bo nie dostał gwarancji, że trasa powstanie szybko; proponuje też, by winiarze zajęli ziemię po lewej stronie drogi – odliczając strefę buforową między winnicą a drogą tej ziemi wyszłoby jakieś 28 ha.

- To i tak będzie dużo – argumentował. – I nie wiadomo, czy uda się to zagospodarować. Przecież dziś lubuskie winnice liczą w większości 20-30 arów.

Dodał jeszcze, że ta winnica byłaby ciekawostką przyrodniczą, i że los uprawy nie jest przecież pewny biorąc pod uwagę wahania koniunktury w rolnictwie.

- Czy nie warto wydać 60 tys., by winnica była prawie dwa razy większa? – pytał Jacek Kapała, który w ubiegłym roku posadził prawie dwa tysiące krzewów winorośli w Łazie.

Rzeczywiście, te 55 hektarów to byłaby powierzchnia, na której zapewne mogliby pracować wszyscy chętni lubuscy winiarze. W innym przypadku pojawia się pytanie, czy nie… pozabijamy się tutaj o parcele?

W każdym razie chętnych już nie brakuje – mimo że powstanie winnicy nie jest jeszcze tak całkiem pewne. Warto wspomnieć, że nikt nie zajmie się uprawą, jeśli włożona praca nie będzie gwarantować zysku. I taki zysk możemy osiągnąć po 7-10 latach, jeśli powierzchnia winnicy zarządzanej przez pojedynczego winiarza nie będzie mniejsza niż trzy hektary.

Warto zdać  sobie sprawę, że winnica to przedsięwzięcie wielopokoleniowe, i że powstaniu tej musi towarzyszyć cała warta miliony złotych infrastruktura. Wino z tej na pewno trafi do sprzedaży, bo zjednoczonym winiarzom będzie łatwiej spełnić skomplikowane procedury niż winiarzowi samotnemu.

PICT0032 (2)

Winnica między Łazem a Zaborem to zatem nie przelewki.

W każdym razie ziemia po obu stronach drogi to już prawie 50 ha. I to przecież i tak więcej niż te planowane pierwotnie 37 ha. W ten sposób na niżej położonej części będzie miejsce na jedną wspólną winiarnię (gdzie będzie odbywać się produkcja i wina, i gdzie wino będzie leżakować) wraz z pomieszczeniem do degustacji, restaurację i parkingi.

Doszliśmy też do wniosku, że sama droga przecinająca winnicę wpłynie na jej promocję…Jest szansa, że pierwsze krzewy posadzimy tutaj na wiosnę 2011. Wcześniej jednak jest mnóstwo pracy do wykonania. A powodzenie całego przedsięwzięcia zależy od tego, czy ANR przekaże ziemię samorządowi województwa, bo to wcale nie jest takie pewne. – Wszystko zależy od wniosku, który otrzymamy – stwierdza Emilian Dzik z ANR. – Chodzi o to, by pożytki z prowadzonej działalności na tym gruncie mieli mieszkańcy regionu.

Jestem przekonany, że tak będzie. Już w Stowarzyszeniu Wspólnota Kulturowa Winnice Lubuskie pracujemy nad produktem turystycznym dla województwa: magnesem będą winnice, dzięki którym turysta zwiedzi całe Lubuskie – włącznie z Łagowem, Łęknicą, Gorzowem, Wschową czy Żaganiem.

W sobotę 23 stycznia degustacja polskich win białych!

Zapraszamy na spotkanie z polskimi winiarzami, którzy przedstawią swoje białe wina. To jedna z niewielu okazji, aby spróbować naszych wyrobów i poznać krajowych winiarzy.

Chętnie podzielimy się doświadczeniami no i oczywiście nie zabraknie profesjonalnej degustacji.

W sobotę 23 stycznia będziemy mówić o walorach, smakach i aromatach wina oraz próbować ich w połączeniu z potrawami.

Spotkanie to szansa, by odkryć temperament polskich win białych w wyjątkowej scenerii starej piekarni, która klimatem spotęguje wrażenie tego wieczoru.

Po doznaniach smakowych Piekarnia Cichej Kobiety i winnice zapraszają gości do zabawy karnawałowej przy muzyce i do indywidualnych spotkań z zaproszonymi winnicami.

Więcej informacji i rezerwacja miejsc u gospodarza – Kamili Nowak, tel. 501 093 724.

We wtorek 12 stycznia zarząd województwa zdecyduje o marce regionu?

Podobno dziś we wtorek 12 stycznia – tak mówią w urzędzie marszałkowskim – zarząd województwa ustosunkuje się do propozycji firmy Studio Bakalie, która pracuje nad marką regionu, by oprzeć ją na pojęciu “natura”.

Jakoś wino nie przypadło do gustu Bakaliom.

Jaki będzie miał pomysł zarząd województwa?

Myślę że wino byłoby perspektywiczną marką. Pobudzenie produkcji wina i uprawy winorośli wymagałoby ogromnego zaangażowania województwa - ale czy mamy jakiś inny produkt tak bardzo zakorzeniony w tradycji regionu i rokujący na przyszłość?

Na winie region oparłby turystykę, która jest tam, gdzie jest natura.

Ale też tam, gdzie jest człowiek, który wyciska z  natury najlepsze soki…

Czy powstanie u nas największa winnica w kraju?

W następny piątek wójt gminy Zabór Andrzej Bukowiecki organizuje spotkanie w sprawie powstania potężnej winnicy na południowym stoku wzgórza rozciągającego się między Łazem i Zaborem. – Kilkunastuhektarowa winnica produkcyjna ma od lat na Dolny Śląsk, a teraz podobna powstaje w Krakowie, gdzie winiarstwo rozkwita dzięki zaangażowaniu województwa i samorządów – stwierdza Łukasz Chrostowski ze Stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa Winnice Lubuskie. – Jeśli lubuskie winiarstwo ma się liczyć w kraju, tę winnicę musimy po prostu założyć!

Pomysł popiera również Zielonogórskie Stowarzyszenie Winiarskie. Przypomnijmy, że inicjatywa narodziła się już w 2007 roku, gdy na łamach „GL” ukazał się tekst „Zainwestujmy w winorośl!”. Ostatnio temat podjęła Elżbieta Polak, wicemarszałek Województwa Lubuskiego. Przychylna jest również gmina Zabór, na której terenie powstałaby największa w kraju winnica. – Nie jestem zwolennikiem gigantomanii, ale taką uprawę zdecydowanie popieram – stwierdza wójt Andrzej Bukowiecki. – Przeszkodą są jednak plany, w których przez wspomnianą działkę miałaby przechodzić droga do Milska.

Jednak według nowego projektu Zarządu Dróg Wojewódzkich, trasa omijałaby wzgórze. Jej przebieg uwzględniono bliżej Odry. Na spotkaniu w Zaborze została zaproszona wicemarszałek E. Polak, dyrektor ZDW Helena Włodarczyk, wójt Bojadeł Jacek Biliński, przedstawiciele Agencji Nieruchomości Rolnych, urzędów oraz winiarze.

 

 

Mróz ściśnie, że aż drzewa będą pękać?!

Piękna zima,  z okna widzę jastrzębia, sarny – i pełno ich śladów na winnicy. Przeskakują przez płot wieczorem, a o świcie ulatniają się. Może im dobrze w naszym obejściu, może smakują im pędy winogron. Ale co musi się dziać w bardziej dzikich rejonach, żeby nie wybiegać za daleko – na przykład nad samą Odrą. Gdzieś za rzeką jest gniazdo orła i na pewno teraz roi się tam od zimujących łabęzi.

Rano na górce we wsi spotkałem pszczelarza, który mówi, że zima bęzie ostra. – Stały wyż umiejscowił się gdzieś nad Skandynawią i może on potrzymać ze trzy miesiące – opowiada pszczelarz z Łazu. – Raz już tak było, jak ścisnęło to tylko było słychcać jak jabłonie pękają! A pękały tak,  że w te szczeliny w pniach dłoń można było włożyć! Temperatura spadła do minus 30 stopni i zaczęło się lekko ocieplać dopiero gdzieś pod koniec lutego. Tak, te zimowe skandynawskie wyże są bardzo niebezpieczne!

Co wtedy dzieje się z winnicą? Jak cienkie jeszcze pnie kilkuletnich krzewów pękną, to przecież nic z nich nie zostanie… Więc na wszelki wypadek słów pszczelarza lepiej nie brać serio. Ale wsłuchujmy się w naturę!

Ukradli zabytowy krzyż z Góry Cesarza niczym napis z Oświęcimia!

Tylko że policja nie szuka spracwów kradzieży z mitycznej góry w Łazie. No bo kto przejmowałby się jakimś kawałkiem Heimatu? Tymczasem dla wielu Polaków, dzisiejszych mieszkańców tej wsi leżącej obok Kaiserberge, także dla osób z Zaboru czy nawet zza Odry, to kawał ich własnej tożsamości: ten krzyż i ta góra. Kawałek ich małej ojczyzny.

krzyz_2

Dzięki uprzejmości jednego z nich – pana Juliana Simonjetza – publikuję zdjęcie z 1962 roku. Kaiserberge i ten krzyż… Ludzie mówią, że przydałby się go odtworzyć. Wytyczyć ścieżkę, postawić drogowskazy.

No to do dzieła! W sprawę – myślę że wielką! – trzeba zaangażować gminę, panią konserator zabytków i oczywiście Nadleśnictwo Przytok, na którego terenie leży góra.

Kaiserberge

W książce Stadt und Landkreis Grunberg in Schleisen jest sporo informacji o Kaiserberge. czytamy tutaj między innymi, że górę nazwano tak na pamiątkę Napoleona, który miał tutaj stacjonować podczas odwrotu z Rosji. A sam krzyż wzniesiono 31 lipca 1883 roku w stulecie pasnowania tutaj rodku Schoenaich-Carolath.

Tak jak pisałem wczesniej: stąd w pogodne dni widać Śnieżkę. I jest to wymarzone miejsce na spcaery, szcególnie uroczo jest tutaj zimą.

Alibernet czyli Cabernet

Aliberneta nie powinniśmy zbierac przed 1 listopada...

Aliberneta nie powinniśmy zbierac przed 1 listopada...

Alibernet to wino, które nasi goście doskonale pamiętają i wielu z nich wraca do Łazu właśnie z powodu Aliberneta.

Pierwsze 100 krzewów zakupiłem w 2005 roku na Słowacji. Pierwsze wino – zaledwie kilka litrów – pochodziło ze zbiorów 2007 roku. Kiedy odkorkowywałem butelkę wiosną 2008 zauważyłem, że na szkle pojawiła się ciemno-buraczana barwa, której później nie mogłem usunąć. A samo wino? Odkrycie! Potężne taniny z wyraźną kwasowością dają mu niepowtarzalny charakter, a do tego ta barwa – niemal czarna! Tej samej wiosny próbowałem na Słowacji Aliberneta z Modrej – od Matyšáka. I liczyłem, nie wiedzieć czemu, że będzie on choć odrobinę inne od naszego, że znajdę w nim coś więcej, coś innego. Tymczasem ten ich Alibernet, nagrodzony medalami, był identyczny! I dopiero później oświeciło mnie, że to chyba dobrze.

alibernet

W kolejnym roku uzyskałem już 200 litrów Aliberneta, myślę że trochę za dużo, jak na te 100 krzaków. Z tym że redukcje gron przeprowadzałem niemal do początku listopada, to znaczy do zbioru. I usnąłem na pewno dobre 300 kg. Alibernet to bardzo późna odmiana, grona przebarwiają się w Łazie do 10 września, więc na dojrzeje pod warunkiem długiej jesieni. Tak było w 2008 roku, w tym roku Aliberneta ścięliśmy 20 października, ale było go znacznie mniej – bo jakieś 80 kg i nabrał – tak jak rok wcześniej – te 18 Brixów. Szaptalizacja na poziomie 1kg fruktozy na pół hektolitra była wystarczająca.

Jednak ten Alibernet z 2008 roku okazał się nieco inny niż ten dziewiczy – miał mniej tanin i był bardziej owocowy – z wyraźnymi nutami jeżyn i czarnego bzu, no i był ziemisty. To jednak nadal było to wino, którego szukałem: realne, pochodzące z wnętrza tego wzgórza w Łazie. Gęste, czarne, z czasem nabierające atłasowości, krągłości, po prostu esencja tej ziemi.

Alibernet to vitis vinifera, powstał w 1950 roku w instytucie w Odessie, to krzyżówka Alicante Bouschet i Cabernet Sauvignon. Daje wino typu „teinturiére” – barwniki zawarte są nie tylko w powłoce jagód, ale w soku. Już sam sok w gronach na krzakach ma ciemny kolor – tę właściwości ma Alibernet po Alicante Bouschet – a smaku jagód łatwo wyczuć taniny.

Wino doskonale nadaje się do kupażowania – w ubiegłym roku dał świetne wino w połączeniu z Dornfelderem – tak atłasowego nie piłem: smakowało jak bita śmietana z jagodami…

Liście Aliberneta w kolorze rdzy

Liście Aliberneta w kolorze rdzy

Krzew wymaga jednak mnóstwa pracy: pasierby rosną jak szalony, a na nich zaraz pojawiają się kwiaty, a jak nie zdążę ich obłamać, to i małe, zielone grona. Dlatego od maja do października nie wolno odchodzić od Aliberneta na dłużej niż kilka dni…

Na wiosnę będę miał sadzonki Aliberneta na podkładce SO4. Polecam też Zweigelta, Devina, Pinot Blanc, Pinot Noir. Czy są chętni?

200 krzewów posadził tej wiosny Jacek Kapała, nasz sąsiad w Łazie, ten zza miedzy. Także Kinga i Robert Koziarscy, zauroczeni winem, zainwestowali – na próbę – w 50 krzewów.

Czy z Góry Cesarza widać Śnieżkę?

Idąc od szosy na północ ku Górze Cesarza spotkałem stadko danieli: dwa samce i jedną samicę – patrzyliśmy sobie w oczy, po czym pobiegły, ale po kilku krokach znów zobaczyliśmy się, tym razem miałem gotowy aparat i zrobiłem zdjęcie gdy jeden z nich jest odwrócony tyłem. Na zdjęciu niestety niewiele widać: jest szyja, kawałki poroża oraz uszy.

To te same zwierzęta, które kilka lat temu uciekły z hodowli w Droszkowie – od tej pory trwa na nie obława, bo mieszkańcy Przytoku przekonują, że daniele są niebezpieczne dla ludzi. Skąd taki wniosek? „Nie boją się nas, w biały dzień paradują we wsi!” – mówią ludzie. Myślę sobie, że to całkiem jak z konarami jesionów w Droszkowie – ludzie wystąpili do drogowców o wycinkę potężnych drzew, bo gałęzie lecą na głowę!

A może popatrzeć na te „problemy” z innej strony? W Przytoku zamiast pieczeni zróbmy z danieli turystyczną atrakcję! Pamiętacie serial zatytułowany Przystanek Alaska, gdzie łosie paradowały po miasteczku chyba jednak nikomu nie szkodząc…? Zaś co do suchych konarów – czy ktoś w tym kraju wpadł może na pomysł by po prostu je usuwać zamiast całych drzew?

Ale to tylko taka dygresja.

Wdrapałem się więc na Górę Cesarza, by sprawdzić czy rzeczywiście widać stamtąd Śnieżkę. Im słońce było niżej, tym bardziej nad horyzontem ukazywał się jakiś rysunek: gór albo chmur. Patrzyłem dobrą godzinę i kształty nie zmieniały się, co wskazywałoby na góry!

I zapewne to całe pasmo Karkonoszy, choć XXI-wieczny przesiąknięty racjonalizmem umysł sceptyka nie bardzo chce wierzyć zmysłom. Zwłaszcza zmysłowi wzroku – który już Arystoteles uważał za najbardziej zawodny…

Zdjęcie niestety nie oddaje tego, czego doświadczyłem na własne oczy. Teraz też wiem, że trzeba tam wracać i sprawdzać… czy aby coś nowego się nie ukaże.

Nad horyzontem zarysowują się Karkonosze?

Nad horyzontem zarysowują się Karkonosze?