platforma blogowa portalu gazeta lubuska

Nowa powieść Winnica w Grünberg (fragment)

W Radiu Zachód od poniedziałku do piątku o 23.50 możecie wysłuchać fragmentów powieści o winiarstwie zielonogórskim – Winnica w Grünberg. Oto jeden z nich.

12. – „Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego. Nietzsche wprowadził nią w zakłopotanie większość filozofów: pomyśleć, że wszystko cośmy przeżyli, miałoby się kiedyś baoikonpowtórzyć i to powtórzenie powtarzałoby się w nieskończoność!” No! Kto to napisał? – pyta Lubek Mileny.

- Milan Kundera – odpowiada tryumfująco. – Ale czemu przyszło ci to do głowy?

- Nie masz czasem wrażenia, że to co jest już kiedyś było? Nie masz takiego deja vu? Bo ja tak mam ostatnio. Jakbyśmy kiedyś już byli. Jakbyśmy przed laty zakładali tę winnicę, a teraz tylko robimy to od nowa. Ten wieczny powrót, to – jak mówi Kundera – obłąkańczy mit. Zresztą, to nie jest deja vu, bo deja vu to niejasne, niepokojące przeczucie. Tutaj zaś wiem, że to było, jest ta pewność i pamięć.

- I chcesz  powiedzieć, że wtedy doszło do katastrofy? Tak? I że teraz jest nieuchronna?

- Kundera mówi, że w świecie wiecznego powrotu każdy gest wiąże się z nieznośną odpowiedzialnością. Bo każda sekunda powtarza się w nieskończoność.

- I jak ta idea ma się do klonu? Powiedzmy klonu Traminera – Milena uśmiecha się delikatnie.

– Pomysł Nietzschego nie stosuje się do świata roślin wolnych od człowieka. W naturze Traminer ewoluuje, zmienia się i z biegiem czasu wydaje coraz to inny owoc. Nie ma powtarzalności poza powtarzalnością pór roku, ciągłym odradzaniem się wiosną i zamieraniem na zimę.

- A klon wyselekcjonowany, hodowany, a więc powtarzany to już inna bajka? – z błyskiem w oku spostrzega ciemnowłosa kobieta. – Więc powtarzalność i jej klon, jakim jest idea wiecznego powrotu, to płód ludzkiego umysłu, który permanentnie szuka pewnych stałych, niezmiennych, bojąc się nieznanego, aż w końcu dochodzi do absurdu?

- No może i tak. I na końcu mamy… powtarzalne wina. Chyba nie ma nic nudniejszego jak dojść do tego ideału i co roku produkować te same. Tego samego Traminera, tego samego Millera, tego samego Zweigelta czy Aliberneta. Koszmar! Przecież cała poezja mieszkająca w aromacie i smaku wina, i barwie ma się rozumieć – rodzi się w tych chmurnych albo słonecznych porankach, upalnych bądź chłodnych godzina południa, czy zachodach słońca, które nigdy nie są takie same.

- A więc myślisz terroir! – podsumowuje Milena. – Wino musi mieć cechy tej ziemi, tego jednego jedynego wzgórza, Luisenhohe! I czy wyczujemy w nim wpływ kasztanowej alei rosnącej u stóp wzgórza i sosnowych lasów rozpościerających się za plecami winnicy?

Jak między Łazem a Zaborem rodzi się winnica

Primo: planowana 50-hektarowa winnica jednoczy winiarzy i ułatwi im wprowadzenie wina na rynek. Secundo: dzięki inicjatywie lubuskie wino staje się najpoważniejszym kandydatem do miana marki województwa. A to że potężna winnica między Łazem i Zaborem ma szansę powstać zawdzięczamy skutecznej pracy wicemarszałek Elżbiety Polak.

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

W Europie wino jest znakiem reklamowym regionów. Chwalą się nim samorządy, które propagują i kreują rozwój winiarstwa – w interesie społeczności lokalnej i swoim.

Wszędzie na świecie winnice są kołem zamachowym rolnictwa, przemysłu turystycznego, ale nie tylko tego. Potrzebne są bowiem profesjonalne wytwórnie – które często tak jak w naszym regionie muszą powstać od nowa – czy sprzęt do produkcji napoju bogów: zbiorniki, prasy, filtry, pompy, a potem butelki, korki, etykiety…

Przy samych winnicach powstają restauracje, hotele, gospodarstwa agroturystyczne. Tak jest na południu Europy. Albo u naszych sąsiadów zza miedzy – w Czechach, na Słowacji czy nad Renem.

Dziś województwo Lubuskie pracuje nad swoją marką. Co nią będzie? Czy właśnie wino? Z badań przeprowadzonych przez Studio Bakalie nasz region najczęściej kojarzony jest właśnie z winem i winnicami. – A pomysł stworzenia winnicy ma ogromne znaczenie w obliczu pracy nad marką – stwierdza wicemarszałek Elżbieta Polak.

Powstawanie marki obliczone jest na kilka, a czasem kilkanaście lat. A w kampanii reklamowej ważne są emocje, które najlepiej oprzeć na zmysłach. Czy znacie aromaty lubuskich win, w których dominują cytrusy, kwiaty i zioła? Nie? Podczas ostatniego lata przekonały się o nich tysiące turystów – tych którzy wzięli udział w lubuskiej akcji otwartych winnic. Nie przegapcie kolejnej okazji – podobna akcja zostanie przeprowadzona w tym roku…

A jednak lubuscy politycy nie są zgodni, że to wino powinno służyć promocji regionu. Wadim Tyszkiewicz chce na przykład, by była nią gospodarka i nowe technologie, że szansą na rozwój w tym kierunku jest położenie geograficzne Lubuskiego.

Ale tylko wino i winnice to marka zakotwiczona w tradycji oraz odnosząca się do przyszłości. Winnice istniały tutaj już w średniowieczu – tak w okolicach Zielonej Góry jak i Gorzowa, i z wielkim zaangażowaniem pisał o nich jakieś pół wieku temu Leopold Tyrmand. A w ostatnich latach rozwijają się znów z niezwykła siłą – mało kto wie, że te o największym areale, sięgającym 20 ha, są na północy regionu – w okolicach Mierzęcina.

Lubuskie wino to zatem nie tyle Zielona Góra, co Lubuskie.

Choć zdawałoby się, że właśnie miastu nazywanemu Winnym Grodem powinno najbardziej zależeć na podtrzymywaniu czy odnawianiu winiarskich tradycji. Tak też myślałem, gdy przed trzema laty ogłosiłem na łamach Gazety Lubuskiej tekst pt. Zainwestujmy w winorośl.

Tak, tak – chodziło o to, by właśnie Zielona Góra założyła winnicę między Łazem a Zaborem. Miasto rozglądało się za ziemią pod inwestycje i nie wykluczało zakupu gruntów w innej gminie. Jednak urzędnicy magistratu tematu nie podchwycili, bo co to za inwestycja w wino? High-tech to dziś kręci wszystkich…

Tematu nie podchwycił ani prezydent Janusz Kubicki, ani wiceprezydent Mariusz Woźniak, który teraz, znów jako urzędnik magistratu, wykazuje ogromne zainteresowanie sprawą i nie omieszkał pojawić się na ostatnim spotkaniu w Zaborze.

Ale wróćmy do przeszłości. Po artykule, który dla wielu był tylko szaloną wizją, redakcyjny kolega Tomek Czyżniewski dał autorowi do zrozumienia, że ten pomysł to utopia. Innego zdania była Agnieszka Stawiarska, która zachęcała, by nie odpuścić.

PICT0419

W ubiegłym roku u wicemarszałek województwa Elżbiety Polak nieśmiało wspomniałem o tej idei (idei? wizji? śnie szaleńca?), choć Przemek Karwowski z Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarzy szturchał, żeby milczeć. Nie sądzę, żeby był wrogiem takiej winnicy. Raczej sądził, że to nierealne. Potem zresztą sam prezes Roman Grad zganił mnie, że tematów swoich spotkań z Elżbietą Polak nie konsultuję z zarządem stowarzyszenia, i wymienił paragraf statutu, z którego za brak dyscypliny mogę zostać wykluczony z grona członków…

Ale nic to. Przecież do nikogo żalu nie mam, może nawet panowie mieli trochę racji. Może.  Pytanie zasadnicze brzmi: co na to pani marszałek? – No to do dzieła! – stwierdziła z entuzjazmem i już całkiem zasadniczo dodała: – Poproszę o pismo stowarzyszenia w tej sprawie, które będzie zawierało numer działki, a potem zorganizujemy spotkanie z przedstawicielami Agencji Nieruchomości Rolnych oraz osobami z odpowiednich departamentów naszego urzędu.

Nieprawdopodobne – pomyślałem zaskoczony – czyżby idea prawdziwego powrotu winiarstwa na te ziemie miała się ziścić? Bo nie oszukujmy się – te kilkanaście w połowie raczkujących winnic, które mamy, nie czynią regionu mekką polskiego winiarstwa. Natomiast ta, założona na wzór funkcjonujących w tradycyjnych krajach winiarskich takich jak Niemcy, Austria czy Francja – zmieniłaby diametralnie ten stan rzeczy, i wtedy też – już bez dwóch zdań – wino i winnice zasługiwałby, jak żaden inny lubuski produkt, na miano marki województwa.

W każdym razie podczas poważnej debaty w urzędzie marszałkowskim, która odbyła się w listopadzie okazało się, że ANR może przekazać grunt samorządowi województwa bądź gminy, o ile jeden bądź drugi ma w swoich celach rozwój winiarstwa. Marszałek ziemię przekazałby Ośrodkowi Doradztwa Rolniczego w Kalsku, a ten wydzierżawiłby ją winiarzom.

Proste, prawda? Ale żeby nie było za łatwo, w winnicy zagrożenie zwietrzyli mieszkańcy gminy Bojadła. No bo droga z Zielonej Góry do mostu na Odrze ma przechodzić przez teren, na którym powstanie winnica. Będzie winnica, nie będzie mostu – boją się ludzie zza Odry. I wtedy stają się przeciwnikami winnicy.

Ale spokojnie! Temat podejmuje wójt Zaboru Andrzej Bukowiecki. Zaprasza Elżbietę Polak, wójta Bojadeł Jacka Bilińskiego, winiarzy, Emiliana Dzika – zastępcę dyrektora oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, przybywa zastępca dyrektora zarządu Dróg Wojewódzkich Ewa Staruch oraz podległe marszałkowi służby i projektanci.

Urzędnicy są przygotowani. Zastępca wójta Zaboru Czesław Słodnik robi prezentację multimedialną i wykazuje, że winnica może zająć aż trzy działki. I wtedy jej powierzchnia sięgnie aż 55 hektarów!

Bo obok gruntu zajmującego powierzchnię 37 ha, o którym myśleliśmy wcześniej, dwa sąsiednie – o powierzchni 18 ha – również należą do ANR.

Podczas spotkania okazało się, że droga do mostu w Milsku będzie rzeczywiście przebiegać przez pola między Łazem i Zaborem. Chociaż ani E. Polak, ani E. Staruch nie wykluczyły możliwości, że trasa ominie Łaz od strony północnej i uwolni wspomniane działki. Zmiana koncepcji kosztowałaby około 60 tys. zł.

Ten koszt miałaby ponieść gmina, wójt jednak nie godzi się na to, bo nie dostał gwarancji, że trasa powstanie szybko; proponuje też, by winiarze zajęli ziemię po lewej stronie drogi – odliczając strefę buforową między winnicą a drogą tej ziemi wyszłoby jakieś 28 ha.

- To i tak będzie dużo – argumentował. – I nie wiadomo, czy uda się to zagospodarować. Przecież dziś lubuskie winnice liczą w większości 20-30 arów.

Dodał jeszcze, że ta winnica byłaby ciekawostką przyrodniczą, i że los uprawy nie jest przecież pewny biorąc pod uwagę wahania koniunktury w rolnictwie.

- Czy nie warto wydać 60 tys., by winnica była prawie dwa razy większa? – pytał Jacek Kapała, który w ubiegłym roku posadził prawie dwa tysiące krzewów winorośli w Łazie.

Rzeczywiście, te 55 hektarów to byłaby powierzchnia, na której zapewne mogliby pracować wszyscy chętni lubuscy winiarze. W innym przypadku pojawia się pytanie, czy nie… pozabijamy się tutaj o parcele?

W każdym razie chętnych już nie brakuje – mimo że powstanie winnicy nie jest jeszcze tak całkiem pewne. Warto wspomnieć, że nikt nie zajmie się uprawą, jeśli włożona praca nie będzie gwarantować zysku. I taki zysk możemy osiągnąć po 7-10 latach, jeśli powierzchnia winnicy zarządzanej przez pojedynczego winiarza nie będzie mniejsza niż trzy hektary.

Warto zdać  sobie sprawę, że winnica to przedsięwzięcie wielopokoleniowe, i że powstaniu tej musi towarzyszyć cała warta miliony złotych infrastruktura. Wino z tej na pewno trafi do sprzedaży, bo zjednoczonym winiarzom będzie łatwiej spełnić skomplikowane procedury niż winiarzowi samotnemu.

PICT0032 (2)

Winnica między Łazem a Zaborem to zatem nie przelewki.

W każdym razie ziemia po obu stronach drogi to już prawie 50 ha. I to przecież i tak więcej niż te planowane pierwotnie 37 ha. W ten sposób na niżej położonej części będzie miejsce na jedną wspólną winiarnię (gdzie będzie odbywać się produkcja i wina, i gdzie wino będzie leżakować) wraz z pomieszczeniem do degustacji, restaurację i parkingi.

Doszliśmy też do wniosku, że sama droga przecinająca winnicę wpłynie na jej promocję…Jest szansa, że pierwsze krzewy posadzimy tutaj na wiosnę 2011. Wcześniej jednak jest mnóstwo pracy do wykonania. A powodzenie całego przedsięwzięcia zależy od tego, czy ANR przekaże ziemię samorządowi województwa, bo to wcale nie jest takie pewne. – Wszystko zależy od wniosku, który otrzymamy – stwierdza Emilian Dzik z ANR. – Chodzi o to, by pożytki z prowadzonej działalności na tym gruncie mieli mieszkańcy regionu.

Jestem przekonany, że tak będzie. Już w Stowarzyszeniu Wspólnota Kulturowa Winnice Lubuskie pracujemy nad produktem turystycznym dla województwa: magnesem będą winnice, dzięki którym turysta zwiedzi całe Lubuskie – włącznie z Łagowem, Łęknicą, Gorzowem, Wschową czy Żaganiem.

Mróz ściśnie, że aż drzewa będą pękać?!

Piękna zima,  z okna widzę jastrzębia, sarny – i pełno ich śladów na winnicy. Przeskakują przez płot wieczorem, a o świcie ulatniają się. Może im dobrze w naszym obejściu, może smakują im pędy winogron. Ale co musi się dziać w bardziej dzikich rejonach, żeby nie wybiegać za daleko – na przykład nad samą Odrą. Gdzieś za rzeką jest gniazdo orła i na pewno teraz roi się tam od zimujących łabęzi.

Rano na górce we wsi spotkałem pszczelarza, który mówi, że zima bęzie ostra. – Stały wyż umiejscowił się gdzieś nad Skandynawią i może on potrzymać ze trzy miesiące – opowiada pszczelarz z Łazu. – Raz już tak było, jak ścisnęło to tylko było słychcać jak jabłonie pękają! A pękały tak,  że w te szczeliny w pniach dłoń można było włożyć! Temperatura spadła do minus 30 stopni i zaczęło się lekko ocieplać dopiero gdzieś pod koniec lutego. Tak, te zimowe skandynawskie wyże są bardzo niebezpieczne!

Co wtedy dzieje się z winnicą? Jak cienkie jeszcze pnie kilkuletnich krzewów pękną, to przecież nic z nich nie zostanie… Więc na wszelki wypadek słów pszczelarza lepiej nie brać serio. Ale wsłuchujmy się w naturę!

Czy z Góry Cesarza widać Śnieżkę?

Idąc od szosy na północ ku Górze Cesarza spotkałem stadko danieli: dwa samce i jedną samicę – patrzyliśmy sobie w oczy, po czym pobiegły, ale po kilku krokach znów zobaczyliśmy się, tym razem miałem gotowy aparat i zrobiłem zdjęcie gdy jeden z nich jest odwrócony tyłem. Na zdjęciu niestety niewiele widać: jest szyja, kawałki poroża oraz uszy.

To te same zwierzęta, które kilka lat temu uciekły z hodowli w Droszkowie – od tej pory trwa na nie obława, bo mieszkańcy Przytoku przekonują, że daniele są niebezpieczne dla ludzi. Skąd taki wniosek? „Nie boją się nas, w biały dzień paradują we wsi!” – mówią ludzie. Myślę sobie, że to całkiem jak z konarami jesionów w Droszkowie – ludzie wystąpili do drogowców o wycinkę potężnych drzew, bo gałęzie lecą na głowę!

A może popatrzeć na te „problemy” z innej strony? W Przytoku zamiast pieczeni zróbmy z danieli turystyczną atrakcję! Pamiętacie serial zatytułowany Przystanek Alaska, gdzie łosie paradowały po miasteczku chyba jednak nikomu nie szkodząc…? Zaś co do suchych konarów – czy ktoś w tym kraju wpadł może na pomysł by po prostu je usuwać zamiast całych drzew?

Ale to tylko taka dygresja.

Wdrapałem się więc na Górę Cesarza, by sprawdzić czy rzeczywiście widać stamtąd Śnieżkę. Im słońce było niżej, tym bardziej nad horyzontem ukazywał się jakiś rysunek: gór albo chmur. Patrzyłem dobrą godzinę i kształty nie zmieniały się, co wskazywałoby na góry!

I zapewne to całe pasmo Karkonoszy, choć XXI-wieczny przesiąknięty racjonalizmem umysł sceptyka nie bardzo chce wierzyć zmysłom. Zwłaszcza zmysłowi wzroku – który już Arystoteles uważał za najbardziej zawodny…

Zdjęcie niestety nie oddaje tego, czego doświadczyłem na własne oczy. Teraz też wiem, że trzeba tam wracać i sprawdzać… czy aby coś nowego się nie ukaże.

Nad horyzontem zarysowują się Karkonosze?

Nad horyzontem zarysowują się Karkonosze?

Kaiserberge czyli Góra Cesarza koło Loos

IN DIESER WEITEN RUNDE

DEIN NAM UND KREUTZ ALLEIN

FUNKELN ALLZEIT UND STUNDE

DAS WILL ICH FRöHLICH SEIN“ 

Taki tekst widniał na tablicy na Kaiser Berg – najwyższym wzniesieniu w heimacie Zabór. W tekście źródłowym o Saabor jest taki wyjątek:

 „Wzgórza wznoszą na swojej południowej stronie szereg winnic, przy ich podnóżach rosną morwy (Maulbeeranlagen) i są używane do produkcji jedwabiu. Te wysokości ciągną się na zachód do Łazu, i wznoszą się za tą miejscowością w najwyższy szczyt, „Górę Cesarza” (Kaiserberge), która jest wysoka na 505 stóp ponad poziomem Morza Bałtyckiego, i 335 stóp ponad poziomem Odry. Z tego punktu rozkoszować się można dalekim widokiem na Śląsk, granicę i Poznań. Przy sprzyjającej pogodzie bez żadnych przyrządów można nawet rozpoznać Śnieżkę.”

A sam czterowiersz tak przetłumaczymy:

W tym pejzażu

To imię i samotny krzyż

Błyszczą wiecznie i w tej godzinie

Co właśnie cieszy mnie.

Pan Julian wyjaśnia, że ten teks napisano w stulecie panowania Schoenaichów w Zaborze - mówił o tym napis wyryty pod wierszem.

Weszliśmy dziś na Górę Cesarza, ja i Miłowan (Miłowan to inaczej Miłosz, ale Miłowan był przed Miłoszem).

Choć na starej mapie położenie góry zdaje się oczywiste, problem w tym, że trudno znaleźć wzniesienie w naturze.

Idąc polną drogą biegnącą na północ od wsi myślałem, że trafimy tam skręcając w lewo jakiś kilometr za starym cmentarzem.

Wzdłuż dróg rosną stare owocowe drzewa, chyba śliwy. Podejście ostre a przed oczami stożkowata góra, może dawny wulkan, mocno wyrosła nad okolicę – stąd przy dobrej widoczności dojrzymy pewnie Poznań. Ale nie było pewności, że to tę nazywano Górą Cesarza. Tym bardziej, że na lewo wznosił się szczyt niemniej poufały.

Trzeba było więc dalej iść na południe. I niestety: zeszliśmy do starej winnicy. A Góra Cesarza? Miała być na północny-zachód od niej, a nie na północ…

Potem trzeba było iść tym zboczem ciągnącym się na zachód od Loos – między starą winnicą i górami. I gdy po lewej zaczął się las i minęliśmy górę ogołoconą niedawno z drzew, zaczęsliśmy wspinać się kolejną pochyłością. I znów podobny wierzchołek jak poprzednie.  Ale na wschód – za zrębem ukazała się jeszcze wyższa góra. (Szkoda, że las zasłania tak bardzo tę rzeźbę terenu, której nie dotykając stopą nawet nie podejrzewamy.)

I to jest właśnie Góra Cesarza. Poznać ją po betonowej płycie, do której umocowano krzyż – stalowe kotwy wciąż wystają z betonu.