platforma blogowa portalu gazeta lubuska

Jak między Łazem a Zaborem rodzi się winnica

Primo: planowana 50-hektarowa winnica jednoczy winiarzy i ułatwi im wprowadzenie wina na rynek. Secundo: dzięki inicjatywie lubuskie wino staje się najpoważniejszym kandydatem do miana marki województwa. A to że potężna winnica między Łazem i Zaborem ma szansę powstać zawdzięczamy skutecznej pracy wicemarszałek Elżbiety Polak.

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

W Europie wino jest znakiem reklamowym regionów. Chwalą się nim samorządy, które propagują i kreują rozwój winiarstwa – w interesie społeczności lokalnej i swoim.

Wszędzie na świecie winnice są kołem zamachowym rolnictwa, przemysłu turystycznego, ale nie tylko tego. Potrzebne są bowiem profesjonalne wytwórnie – które często tak jak w naszym regionie muszą powstać od nowa – czy sprzęt do produkcji napoju bogów: zbiorniki, prasy, filtry, pompy, a potem butelki, korki, etykiety…

Przy samych winnicach powstają restauracje, hotele, gospodarstwa agroturystyczne. Tak jest na południu Europy. Albo u naszych sąsiadów zza miedzy – w Czechach, na Słowacji czy nad Renem.

Dziś województwo Lubuskie pracuje nad swoją marką. Co nią będzie? Czy właśnie wino? Z badań przeprowadzonych przez Studio Bakalie nasz region najczęściej kojarzony jest właśnie z winem i winnicami. – A pomysł stworzenia winnicy ma ogromne znaczenie w obliczu pracy nad marką – stwierdza wicemarszałek Elżbieta Polak.

Powstawanie marki obliczone jest na kilka, a czasem kilkanaście lat. A w kampanii reklamowej ważne są emocje, które najlepiej oprzeć na zmysłach. Czy znacie aromaty lubuskich win, w których dominują cytrusy, kwiaty i zioła? Nie? Podczas ostatniego lata przekonały się o nich tysiące turystów – tych którzy wzięli udział w lubuskiej akcji otwartych winnic. Nie przegapcie kolejnej okazji – podobna akcja zostanie przeprowadzona w tym roku…

A jednak lubuscy politycy nie są zgodni, że to wino powinno służyć promocji regionu. Wadim Tyszkiewicz chce na przykład, by była nią gospodarka i nowe technologie, że szansą na rozwój w tym kierunku jest położenie geograficzne Lubuskiego.

Ale tylko wino i winnice to marka zakotwiczona w tradycji oraz odnosząca się do przyszłości. Winnice istniały tutaj już w średniowieczu – tak w okolicach Zielonej Góry jak i Gorzowa, i z wielkim zaangażowaniem pisał o nich jakieś pół wieku temu Leopold Tyrmand. A w ostatnich latach rozwijają się znów z niezwykła siłą – mało kto wie, że te o największym areale, sięgającym 20 ha, są na północy regionu – w okolicach Mierzęcina.

Lubuskie wino to zatem nie tyle Zielona Góra, co Lubuskie.

Choć zdawałoby się, że właśnie miastu nazywanemu Winnym Grodem powinno najbardziej zależeć na podtrzymywaniu czy odnawianiu winiarskich tradycji. Tak też myślałem, gdy przed trzema laty ogłosiłem na łamach Gazety Lubuskiej tekst pt. Zainwestujmy w winorośl.

Tak, tak – chodziło o to, by właśnie Zielona Góra założyła winnicę między Łazem a Zaborem. Miasto rozglądało się za ziemią pod inwestycje i nie wykluczało zakupu gruntów w innej gminie. Jednak urzędnicy magistratu tematu nie podchwycili, bo co to za inwestycja w wino? High-tech to dziś kręci wszystkich…

Tematu nie podchwycił ani prezydent Janusz Kubicki, ani wiceprezydent Mariusz Woźniak, który teraz, znów jako urzędnik magistratu, wykazuje ogromne zainteresowanie sprawą i nie omieszkał pojawić się na ostatnim spotkaniu w Zaborze.

Ale wróćmy do przeszłości. Po artykule, który dla wielu był tylko szaloną wizją, redakcyjny kolega Tomek Czyżniewski dał autorowi do zrozumienia, że ten pomysł to utopia. Innego zdania była Agnieszka Stawiarska, która zachęcała, by nie odpuścić.

PICT0419

W ubiegłym roku u wicemarszałek województwa Elżbiety Polak nieśmiało wspomniałem o tej idei (idei? wizji? śnie szaleńca?), choć Przemek Karwowski z Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarzy szturchał, żeby milczeć. Nie sądzę, żeby był wrogiem takiej winnicy. Raczej sądził, że to nierealne. Potem zresztą sam prezes Roman Grad zganił mnie, że tematów swoich spotkań z Elżbietą Polak nie konsultuję z zarządem stowarzyszenia, i wymienił paragraf statutu, z którego za brak dyscypliny mogę zostać wykluczony z grona członków…

Ale nic to. Przecież do nikogo żalu nie mam, może nawet panowie mieli trochę racji. Może.  Pytanie zasadnicze brzmi: co na to pani marszałek? – No to do dzieła! – stwierdziła z entuzjazmem i już całkiem zasadniczo dodała: – Poproszę o pismo stowarzyszenia w tej sprawie, które będzie zawierało numer działki, a potem zorganizujemy spotkanie z przedstawicielami Agencji Nieruchomości Rolnych oraz osobami z odpowiednich departamentów naszego urzędu.

Nieprawdopodobne – pomyślałem zaskoczony – czyżby idea prawdziwego powrotu winiarstwa na te ziemie miała się ziścić? Bo nie oszukujmy się – te kilkanaście w połowie raczkujących winnic, które mamy, nie czynią regionu mekką polskiego winiarstwa. Natomiast ta, założona na wzór funkcjonujących w tradycyjnych krajach winiarskich takich jak Niemcy, Austria czy Francja – zmieniłaby diametralnie ten stan rzeczy, i wtedy też – już bez dwóch zdań – wino i winnice zasługiwałby, jak żaden inny lubuski produkt, na miano marki województwa.

W każdym razie podczas poważnej debaty w urzędzie marszałkowskim, która odbyła się w listopadzie okazało się, że ANR może przekazać grunt samorządowi województwa bądź gminy, o ile jeden bądź drugi ma w swoich celach rozwój winiarstwa. Marszałek ziemię przekazałby Ośrodkowi Doradztwa Rolniczego w Kalsku, a ten wydzierżawiłby ją winiarzom.

Proste, prawda? Ale żeby nie było za łatwo, w winnicy zagrożenie zwietrzyli mieszkańcy gminy Bojadła. No bo droga z Zielonej Góry do mostu na Odrze ma przechodzić przez teren, na którym powstanie winnica. Będzie winnica, nie będzie mostu – boją się ludzie zza Odry. I wtedy stają się przeciwnikami winnicy.

Ale spokojnie! Temat podejmuje wójt Zaboru Andrzej Bukowiecki. Zaprasza Elżbietę Polak, wójta Bojadeł Jacka Bilińskiego, winiarzy, Emiliana Dzika – zastępcę dyrektora oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, przybywa zastępca dyrektora zarządu Dróg Wojewódzkich Ewa Staruch oraz podległe marszałkowi służby i projektanci.

Urzędnicy są przygotowani. Zastępca wójta Zaboru Czesław Słodnik robi prezentację multimedialną i wykazuje, że winnica może zająć aż trzy działki. I wtedy jej powierzchnia sięgnie aż 55 hektarów!

Bo obok gruntu zajmującego powierzchnię 37 ha, o którym myśleliśmy wcześniej, dwa sąsiednie – o powierzchni 18 ha – również należą do ANR.

Podczas spotkania okazało się, że droga do mostu w Milsku będzie rzeczywiście przebiegać przez pola między Łazem i Zaborem. Chociaż ani E. Polak, ani E. Staruch nie wykluczyły możliwości, że trasa ominie Łaz od strony północnej i uwolni wspomniane działki. Zmiana koncepcji kosztowałaby około 60 tys. zł.

Ten koszt miałaby ponieść gmina, wójt jednak nie godzi się na to, bo nie dostał gwarancji, że trasa powstanie szybko; proponuje też, by winiarze zajęli ziemię po lewej stronie drogi – odliczając strefę buforową między winnicą a drogą tej ziemi wyszłoby jakieś 28 ha.

- To i tak będzie dużo – argumentował. – I nie wiadomo, czy uda się to zagospodarować. Przecież dziś lubuskie winnice liczą w większości 20-30 arów.

Dodał jeszcze, że ta winnica byłaby ciekawostką przyrodniczą, i że los uprawy nie jest przecież pewny biorąc pod uwagę wahania koniunktury w rolnictwie.

- Czy nie warto wydać 60 tys., by winnica była prawie dwa razy większa? – pytał Jacek Kapała, który w ubiegłym roku posadził prawie dwa tysiące krzewów winorośli w Łazie.

Rzeczywiście, te 55 hektarów to byłaby powierzchnia, na której zapewne mogliby pracować wszyscy chętni lubuscy winiarze. W innym przypadku pojawia się pytanie, czy nie… pozabijamy się tutaj o parcele?

W każdym razie chętnych już nie brakuje – mimo że powstanie winnicy nie jest jeszcze tak całkiem pewne. Warto wspomnieć, że nikt nie zajmie się uprawą, jeśli włożona praca nie będzie gwarantować zysku. I taki zysk możemy osiągnąć po 7-10 latach, jeśli powierzchnia winnicy zarządzanej przez pojedynczego winiarza nie będzie mniejsza niż trzy hektary.

Warto zdać  sobie sprawę, że winnica to przedsięwzięcie wielopokoleniowe, i że powstaniu tej musi towarzyszyć cała warta miliony złotych infrastruktura. Wino z tej na pewno trafi do sprzedaży, bo zjednoczonym winiarzom będzie łatwiej spełnić skomplikowane procedury niż winiarzowi samotnemu.

PICT0032 (2)

Winnica między Łazem a Zaborem to zatem nie przelewki.

W każdym razie ziemia po obu stronach drogi to już prawie 50 ha. I to przecież i tak więcej niż te planowane pierwotnie 37 ha. W ten sposób na niżej położonej części będzie miejsce na jedną wspólną winiarnię (gdzie będzie odbywać się produkcja i wina, i gdzie wino będzie leżakować) wraz z pomieszczeniem do degustacji, restaurację i parkingi.

Doszliśmy też do wniosku, że sama droga przecinająca winnicę wpłynie na jej promocję…Jest szansa, że pierwsze krzewy posadzimy tutaj na wiosnę 2011. Wcześniej jednak jest mnóstwo pracy do wykonania. A powodzenie całego przedsięwzięcia zależy od tego, czy ANR przekaże ziemię samorządowi województwa, bo to wcale nie jest takie pewne. – Wszystko zależy od wniosku, który otrzymamy – stwierdza Emilian Dzik z ANR. – Chodzi o to, by pożytki z prowadzonej działalności na tym gruncie mieli mieszkańcy regionu.

Jestem przekonany, że tak będzie. Już w Stowarzyszeniu Wspólnota Kulturowa Winnice Lubuskie pracujemy nad produktem turystycznym dla województwa: magnesem będą winnice, dzięki którym turysta zwiedzi całe Lubuskie – włącznie z Łagowem, Łęknicą, Gorzowem, Wschową czy Żaganiem.