platforma blogowa portalu gazeta lubuska

Cięcie winorośli. Tym razem dłuższe ramiona

Przycinanie winorośli teraz, w roku 2010, na czym innym polega niż w ubiegłym. Po szkołach u Lubomira Glosa na Morawach byłem przekonany, że tylko krótkie cięcie, i pewnie jago nauki pojąłem zbyt dosłownie, pewnie nie wszystko pojąłem, bo na pewno krótkie cięcie, co wiąże się z ograniczeniem owocowania, jest w naszym klimacie jedyną słuszną koncepcją prowadzenia krzewów.

A jednak jesienią 2009 pomyślałem co by było, gdybym pozostawił dłuższe ramiona, może owocu byłoby więcej? Bo było naprawdę mało (za wyjątkiem Zweigelta, który przy krótkim cięciu miał jak trzeba, czyli 2-2,5 kg na krzaku), i widzę ten czerwcowy grad jak dziś, i ulewy, i gnijące kwiatostany na Devinie…

Więc w tym roku ramiona zostawiłem nieco dłuższe – na 10, 12 oczek – bo po tych mrozach, sięgających w porywach minus 22-24 stopni Celsjusza, boję się już nie o ulewy… Choć na oko oczka są ok., może 10 procent krzewów dostało w skórę od mrozu – przy niektórych łoza jest wyjątkowo krucha, niemal rozsypuje się przy zetknięciu z sekatorem, i tylko niektóre  oczka budzą wątpliwości, mimo że są zielone.

Czy pozostawienie dłuższych ramion miało sens? Czy dzięki temu zbiory będą na dobrym poziomie?

Napiszę o tym za jakieś cztey miesiące…

Poszukiwacze ściągnęli armią na II Próbę Lubuskiego Wina

Jaka była II Próba lubuskiego wina? Udana! To znaczy w Palmiarni doświadczyliśmy atmosfery sprzyjającej degustacji win, smakowaliśmy ich w skupieniu i w świetnym towarzystwie.  

Magnesem były oczywiście polskie wina, a dokładniej – wina z Lubuskiego, dawniej powiedzielibyśmy – zielonogórskie. Jak zwał tak zwał, chodziło o wina z tej tutaj ziemi.

Długie na całą Palmiarnie stoły były pełne miłośników win, poszukiwaczy unikalnych aromatów, a nie zabrakło zapachów melona, konwalii, łąki, bananów, malin… Tak, tak – w tych naszych winach!

Te walory win podkreślały przystawki z żurawiną, czarną czekoladą, serami, mięsiwem. Każdy z gości miał przed sobą trzy kieliszki, bo wina podawano właśnie w takich tercetach, i niektórzy czekali aż napełnią się te ich wszystkie kieliszki i dopiero wtedy zaczynali ucztę…

Próbowaliśmy 12 win – po 6 białych i czerwonych. Z zasady była to prezentacja młodych win. Mają potencjał – mówili goście. – Chciałbym spróbować tych samych za pół roku.

Może zrobimy taką Próbę Dojrzałego Lubuskiego Wina podczas Winobrania?

Jakie okazały się te wina? Wina 2009 to owoc dojrzałych winogron. – Takie słońce szybko się nie trafi – stwierdził Marek Jarosz, który po imprezie wyciągnął butelkę wyjątkowo aromatycznej Bianki, wyprodukowanej przez winnicę Uniwersytetu Jagiellońskiego w Łazach.

Był więc mój młody Zweigelt i Müller Thurgau z cukrem resztkowym, były cuvee od Kingi, był Müller i Regent z Cantiny, cuvee z winnicy Equus często wymieniane przez gości jako najlepsze białe wino całej prezentacji i Pinot Noir od tego samego producenta, był też Müller z Kernlingiem oraz Dornfelder od Lewandowskich oraz Traminer i czerwone cuvee z Regenta i Saint Laurenta od Krojcigów.

– Każde jest inne, nie wiedziałem, że wina z jednej odmiany mogą być tak różne i bogate w to, co je różni – stwierdził Zbigniew Pohrebny.

I tylko to ostatnie z wymienionych przeze mnie nie było młode, lecz już w pełni dojrzałe (rocznik 2008) – z tytoniem po Regencie i orzeźwiającą kwasowością po Wawrzyńcu, no i z taninami pochodzącymi od dębu.

Nowa powieść Winnica w Grünberg (fragment)

W Radiu Zachód od poniedziałku do piątku o 23.50 możecie wysłuchać fragmentów powieści o winiarstwie zielonogórskim – Winnica w Grünberg. Oto jeden z nich.

12. – „Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego. Nietzsche wprowadził nią w zakłopotanie większość filozofów: pomyśleć, że wszystko cośmy przeżyli, miałoby się kiedyś baoikonpowtórzyć i to powtórzenie powtarzałoby się w nieskończoność!” No! Kto to napisał? – pyta Lubek Mileny.

- Milan Kundera – odpowiada tryumfująco. – Ale czemu przyszło ci to do głowy?

- Nie masz czasem wrażenia, że to co jest już kiedyś było? Nie masz takiego deja vu? Bo ja tak mam ostatnio. Jakbyśmy kiedyś już byli. Jakbyśmy przed laty zakładali tę winnicę, a teraz tylko robimy to od nowa. Ten wieczny powrót, to – jak mówi Kundera – obłąkańczy mit. Zresztą, to nie jest deja vu, bo deja vu to niejasne, niepokojące przeczucie. Tutaj zaś wiem, że to było, jest ta pewność i pamięć.

- I chcesz  powiedzieć, że wtedy doszło do katastrofy? Tak? I że teraz jest nieuchronna?

- Kundera mówi, że w świecie wiecznego powrotu każdy gest wiąże się z nieznośną odpowiedzialnością. Bo każda sekunda powtarza się w nieskończoność.

- I jak ta idea ma się do klonu? Powiedzmy klonu Traminera – Milena uśmiecha się delikatnie.

– Pomysł Nietzschego nie stosuje się do świata roślin wolnych od człowieka. W naturze Traminer ewoluuje, zmienia się i z biegiem czasu wydaje coraz to inny owoc. Nie ma powtarzalności poza powtarzalnością pór roku, ciągłym odradzaniem się wiosną i zamieraniem na zimę.

- A klon wyselekcjonowany, hodowany, a więc powtarzany to już inna bajka? – z błyskiem w oku spostrzega ciemnowłosa kobieta. – Więc powtarzalność i jej klon, jakim jest idea wiecznego powrotu, to płód ludzkiego umysłu, który permanentnie szuka pewnych stałych, niezmiennych, bojąc się nieznanego, aż w końcu dochodzi do absurdu?

- No może i tak. I na końcu mamy… powtarzalne wina. Chyba nie ma nic nudniejszego jak dojść do tego ideału i co roku produkować te same. Tego samego Traminera, tego samego Millera, tego samego Zweigelta czy Aliberneta. Koszmar! Przecież cała poezja mieszkająca w aromacie i smaku wina, i barwie ma się rozumieć – rodzi się w tych chmurnych albo słonecznych porankach, upalnych bądź chłodnych godzina południa, czy zachodach słońca, które nigdy nie są takie same.

- A więc myślisz terroir! – podsumowuje Milena. – Wino musi mieć cechy tej ziemi, tego jednego jedynego wzgórza, Luisenhohe! I czy wyczujemy w nim wpływ kasztanowej alei rosnącej u stóp wzgórza i sosnowych lasów rozpościerających się za plecami winnicy?

26 lutego w piątek, a nie 20 czeka nas II Próba Lubuskiego Wina!

26 lutego o 19.00 spotkamy się wieczorem w Palmiarni, żeby spróbować 12 młodych win lubuskich – tych z 2009 roku. Będzie po sześć białych i czerwonych z winnic: Stara Winna Góra w Górzykowie, Kinga w Starej Wsi, Equus w Mierzęcinie, Na Leśnej Polanie w Proczkach, Cantina w Mozowie i Miłosz w Łazie.

Do win zostaną dobrane specjalne przystawki. Imprezę poprowadzą producenci tych win – opowiedzą o ich smakach i aromatach, i oczywiście tajnikach uprawy winorośli i produkcji wina.

Zaproszenia w cenie 80 zł  do nabycia w Palmiarni. I trzeba się spieszyć – już znikają jak śniegi na wiosnę.

Jaka była I Próba Lubuskiego Wina i czego możemy spodziewać się 26 lutego? Już wkrótce przeczytasz tylko tutaj.

22 stopnie mrozu na winnicy. Jak było u Was?

Nocą z 25 na 26 stycznia o 6.00 rano na winnicy w Łazie było 21 stopni mrozu. Nocą z 26 na 27 stycznia temperatura spadła do minus 22 stopni. W Mierzęcinie Łukasz odnotował we wtorek rano 23 stopnie, a w Jakubowie dziś w nocy było 20 kresek poniżej zera.

Ale już w Zawadzie było minus 28 stopni. Macie ze swoich siedlisk dokładne notowania?

Pamiętam, że gorzej było zimą z 2005/2006 roku. Około 20 stycznia było kilka nocy, gdy temperatura spadła w Łazie do 23,5 stopnia mrozu. Młode krzewy były przysypane ziemią i przezyły przeżyły.

Jak będzie tym razem? Czy vinifera poradziła sobie? Czy daw tym roku owoce?

Te pomiary w Łazie są istotne ze względu na potężną winnicę, która ma powstać na gruncie sięgającym do Zaboru. Wyglada na to, że to całkiem dobre siedlisko. Jednak i tak w połowie ten grunt - myślę o części położonej niżęj – powinien być obsadzony mieszkańcami: odpornymi na mróz i wiosenne przymrozki.

Czy wreszcie opuścimy winiarski skansen?

- Ta ogromna uprawa między Łazem a Zaborem to kropka nad „i”, gdy idzie o lubuskie i polskie winiarstwo – stwierdza Łukasz Chrostowski, winiarz z Mierzęcina. – I będzie wizytówką godną regionu, który ludzie w całej Europie znają z powodu wina.

- Rozmawiałam niedawno z Francuzami, którzy doskonale wiedzą o naszym historycznym regionie winiarskim i byli miło zaskoczeni, że te tradycje są kontynuowane – przyznaje z kolei Kinga Kowalewska-Koziarska. – Mamy gotowy produkt, zakorzeniony w tradycji, a jednocześnie odpowiadający nowocześnie zarządzanym regionom w Niemczech, Czechach czy Austrii.

No właśnie. Wbrew temu, co myśli wielu lubuskich polityków, współczesne winiarstwo to gałąź gospodarki, a nie zacofane rolnictwo i pretekst do pobudzenia turystyki. To także kultura, bo wino – obok doznań zmysłowych – dostarcza tych duchowych i estetycznych.

Czy winnica między Zaborem i Łazem otworzy w Lubuskiem te perspektywy?

E. Polak zorganizowała szereg spotkań w sprawie największej winnicy w kraju i ustaliła wraz  urzędnikami i winiarzami harmonogram jej powstania. Mechanizm w dużym skrócie jest następujący: Agencja Nieruchomości Rolnych na działkach między Łazem a Zaborem wydzieli korytarz na drogę do Milska, gdzie powstanie most na Odrze, a resztę gruntu (około 50 ha) przekaże nieodpłatnie samorządowi województwa.

Ziemią w imieniu marszałka będzie zarządzał Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Kalsku, który opracuje koncepcję winnicy, a następnie wydzierżawi wzgórze winiarzom.

Na spotkaniu, które odbyło się w ubiegłym tygodniu w Zaborze z inicjatywy wójta Andrzeja Bukowieckiego okazało się, że powodzenie całego przedsięwzięcia zależy od tego, czy ANR przekaże ziemię samorządowi województwa.

Więcej przeczytasz w sobotę na łamach GL.

Jak między Łazem a Zaborem rodzi się winnica

Primo: planowana 50-hektarowa winnica jednoczy winiarzy i ułatwi im wprowadzenie wina na rynek. Secundo: dzięki inicjatywie lubuskie wino staje się najpoważniejszym kandydatem do miana marki województwa. A to że potężna winnica między Łazem i Zaborem ma szansę powstać zawdzięczamy skutecznej pracy wicemarszałek Elżbiety Polak.

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

Widok z winnicy Miłosz na wzgórze między Łazem i Zaborem

W Europie wino jest znakiem reklamowym regionów. Chwalą się nim samorządy, które propagują i kreują rozwój winiarstwa – w interesie społeczności lokalnej i swoim.

Wszędzie na świecie winnice są kołem zamachowym rolnictwa, przemysłu turystycznego, ale nie tylko tego. Potrzebne są bowiem profesjonalne wytwórnie – które często tak jak w naszym regionie muszą powstać od nowa – czy sprzęt do produkcji napoju bogów: zbiorniki, prasy, filtry, pompy, a potem butelki, korki, etykiety…

Przy samych winnicach powstają restauracje, hotele, gospodarstwa agroturystyczne. Tak jest na południu Europy. Albo u naszych sąsiadów zza miedzy – w Czechach, na Słowacji czy nad Renem.

Dziś województwo Lubuskie pracuje nad swoją marką. Co nią będzie? Czy właśnie wino? Z badań przeprowadzonych przez Studio Bakalie nasz region najczęściej kojarzony jest właśnie z winem i winnicami. – A pomysł stworzenia winnicy ma ogromne znaczenie w obliczu pracy nad marką – stwierdza wicemarszałek Elżbieta Polak.

Powstawanie marki obliczone jest na kilka, a czasem kilkanaście lat. A w kampanii reklamowej ważne są emocje, które najlepiej oprzeć na zmysłach. Czy znacie aromaty lubuskich win, w których dominują cytrusy, kwiaty i zioła? Nie? Podczas ostatniego lata przekonały się o nich tysiące turystów – tych którzy wzięli udział w lubuskiej akcji otwartych winnic. Nie przegapcie kolejnej okazji – podobna akcja zostanie przeprowadzona w tym roku…

A jednak lubuscy politycy nie są zgodni, że to wino powinno służyć promocji regionu. Wadim Tyszkiewicz chce na przykład, by była nią gospodarka i nowe technologie, że szansą na rozwój w tym kierunku jest położenie geograficzne Lubuskiego.

Ale tylko wino i winnice to marka zakotwiczona w tradycji oraz odnosząca się do przyszłości. Winnice istniały tutaj już w średniowieczu – tak w okolicach Zielonej Góry jak i Gorzowa, i z wielkim zaangażowaniem pisał o nich jakieś pół wieku temu Leopold Tyrmand. A w ostatnich latach rozwijają się znów z niezwykła siłą – mało kto wie, że te o największym areale, sięgającym 20 ha, są na północy regionu – w okolicach Mierzęcina.

Lubuskie wino to zatem nie tyle Zielona Góra, co Lubuskie.

Choć zdawałoby się, że właśnie miastu nazywanemu Winnym Grodem powinno najbardziej zależeć na podtrzymywaniu czy odnawianiu winiarskich tradycji. Tak też myślałem, gdy przed trzema laty ogłosiłem na łamach Gazety Lubuskiej tekst pt. Zainwestujmy w winorośl.

Tak, tak – chodziło o to, by właśnie Zielona Góra założyła winnicę między Łazem a Zaborem. Miasto rozglądało się za ziemią pod inwestycje i nie wykluczało zakupu gruntów w innej gminie. Jednak urzędnicy magistratu tematu nie podchwycili, bo co to za inwestycja w wino? High-tech to dziś kręci wszystkich…

Tematu nie podchwycił ani prezydent Janusz Kubicki, ani wiceprezydent Mariusz Woźniak, który teraz, znów jako urzędnik magistratu, wykazuje ogromne zainteresowanie sprawą i nie omieszkał pojawić się na ostatnim spotkaniu w Zaborze.

Ale wróćmy do przeszłości. Po artykule, który dla wielu był tylko szaloną wizją, redakcyjny kolega Tomek Czyżniewski dał autorowi do zrozumienia, że ten pomysł to utopia. Innego zdania była Agnieszka Stawiarska, która zachęcała, by nie odpuścić.

PICT0419

W ubiegłym roku u wicemarszałek województwa Elżbiety Polak nieśmiało wspomniałem o tej idei (idei? wizji? śnie szaleńca?), choć Przemek Karwowski z Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarzy szturchał, żeby milczeć. Nie sądzę, żeby był wrogiem takiej winnicy. Raczej sądził, że to nierealne. Potem zresztą sam prezes Roman Grad zganił mnie, że tematów swoich spotkań z Elżbietą Polak nie konsultuję z zarządem stowarzyszenia, i wymienił paragraf statutu, z którego za brak dyscypliny mogę zostać wykluczony z grona członków…

Ale nic to. Przecież do nikogo żalu nie mam, może nawet panowie mieli trochę racji. Może.  Pytanie zasadnicze brzmi: co na to pani marszałek? – No to do dzieła! – stwierdziła z entuzjazmem i już całkiem zasadniczo dodała: – Poproszę o pismo stowarzyszenia w tej sprawie, które będzie zawierało numer działki, a potem zorganizujemy spotkanie z przedstawicielami Agencji Nieruchomości Rolnych oraz osobami z odpowiednich departamentów naszego urzędu.

Nieprawdopodobne – pomyślałem zaskoczony – czyżby idea prawdziwego powrotu winiarstwa na te ziemie miała się ziścić? Bo nie oszukujmy się – te kilkanaście w połowie raczkujących winnic, które mamy, nie czynią regionu mekką polskiego winiarstwa. Natomiast ta, założona na wzór funkcjonujących w tradycyjnych krajach winiarskich takich jak Niemcy, Austria czy Francja – zmieniłaby diametralnie ten stan rzeczy, i wtedy też – już bez dwóch zdań – wino i winnice zasługiwałby, jak żaden inny lubuski produkt, na miano marki województwa.

W każdym razie podczas poważnej debaty w urzędzie marszałkowskim, która odbyła się w listopadzie okazało się, że ANR może przekazać grunt samorządowi województwa bądź gminy, o ile jeden bądź drugi ma w swoich celach rozwój winiarstwa. Marszałek ziemię przekazałby Ośrodkowi Doradztwa Rolniczego w Kalsku, a ten wydzierżawiłby ją winiarzom.

Proste, prawda? Ale żeby nie było za łatwo, w winnicy zagrożenie zwietrzyli mieszkańcy gminy Bojadła. No bo droga z Zielonej Góry do mostu na Odrze ma przechodzić przez teren, na którym powstanie winnica. Będzie winnica, nie będzie mostu – boją się ludzie zza Odry. I wtedy stają się przeciwnikami winnicy.

Ale spokojnie! Temat podejmuje wójt Zaboru Andrzej Bukowiecki. Zaprasza Elżbietę Polak, wójta Bojadeł Jacka Bilińskiego, winiarzy, Emiliana Dzika – zastępcę dyrektora oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, przybywa zastępca dyrektora zarządu Dróg Wojewódzkich Ewa Staruch oraz podległe marszałkowi służby i projektanci.

Urzędnicy są przygotowani. Zastępca wójta Zaboru Czesław Słodnik robi prezentację multimedialną i wykazuje, że winnica może zająć aż trzy działki. I wtedy jej powierzchnia sięgnie aż 55 hektarów!

Bo obok gruntu zajmującego powierzchnię 37 ha, o którym myśleliśmy wcześniej, dwa sąsiednie – o powierzchni 18 ha – również należą do ANR.

Podczas spotkania okazało się, że droga do mostu w Milsku będzie rzeczywiście przebiegać przez pola między Łazem i Zaborem. Chociaż ani E. Polak, ani E. Staruch nie wykluczyły możliwości, że trasa ominie Łaz od strony północnej i uwolni wspomniane działki. Zmiana koncepcji kosztowałaby około 60 tys. zł.

Ten koszt miałaby ponieść gmina, wójt jednak nie godzi się na to, bo nie dostał gwarancji, że trasa powstanie szybko; proponuje też, by winiarze zajęli ziemię po lewej stronie drogi – odliczając strefę buforową między winnicą a drogą tej ziemi wyszłoby jakieś 28 ha.

- To i tak będzie dużo – argumentował. – I nie wiadomo, czy uda się to zagospodarować. Przecież dziś lubuskie winnice liczą w większości 20-30 arów.

Dodał jeszcze, że ta winnica byłaby ciekawostką przyrodniczą, i że los uprawy nie jest przecież pewny biorąc pod uwagę wahania koniunktury w rolnictwie.

- Czy nie warto wydać 60 tys., by winnica była prawie dwa razy większa? – pytał Jacek Kapała, który w ubiegłym roku posadził prawie dwa tysiące krzewów winorośli w Łazie.

Rzeczywiście, te 55 hektarów to byłaby powierzchnia, na której zapewne mogliby pracować wszyscy chętni lubuscy winiarze. W innym przypadku pojawia się pytanie, czy nie… pozabijamy się tutaj o parcele?

W każdym razie chętnych już nie brakuje – mimo że powstanie winnicy nie jest jeszcze tak całkiem pewne. Warto wspomnieć, że nikt nie zajmie się uprawą, jeśli włożona praca nie będzie gwarantować zysku. I taki zysk możemy osiągnąć po 7-10 latach, jeśli powierzchnia winnicy zarządzanej przez pojedynczego winiarza nie będzie mniejsza niż trzy hektary.

Warto zdać  sobie sprawę, że winnica to przedsięwzięcie wielopokoleniowe, i że powstaniu tej musi towarzyszyć cała warta miliony złotych infrastruktura. Wino z tej na pewno trafi do sprzedaży, bo zjednoczonym winiarzom będzie łatwiej spełnić skomplikowane procedury niż winiarzowi samotnemu.

PICT0032 (2)

Winnica między Łazem a Zaborem to zatem nie przelewki.

W każdym razie ziemia po obu stronach drogi to już prawie 50 ha. I to przecież i tak więcej niż te planowane pierwotnie 37 ha. W ten sposób na niżej położonej części będzie miejsce na jedną wspólną winiarnię (gdzie będzie odbywać się produkcja i wina, i gdzie wino będzie leżakować) wraz z pomieszczeniem do degustacji, restaurację i parkingi.

Doszliśmy też do wniosku, że sama droga przecinająca winnicę wpłynie na jej promocję…Jest szansa, że pierwsze krzewy posadzimy tutaj na wiosnę 2011. Wcześniej jednak jest mnóstwo pracy do wykonania. A powodzenie całego przedsięwzięcia zależy od tego, czy ANR przekaże ziemię samorządowi województwa, bo to wcale nie jest takie pewne. – Wszystko zależy od wniosku, który otrzymamy – stwierdza Emilian Dzik z ANR. – Chodzi o to, by pożytki z prowadzonej działalności na tym gruncie mieli mieszkańcy regionu.

Jestem przekonany, że tak będzie. Już w Stowarzyszeniu Wspólnota Kulturowa Winnice Lubuskie pracujemy nad produktem turystycznym dla województwa: magnesem będą winnice, dzięki którym turysta zwiedzi całe Lubuskie – włącznie z Łagowem, Łęknicą, Gorzowem, Wschową czy Żaganiem.

Winnica między Zaborem a Łazem może mieć nawet 55 ha!

Widok na grunt, na którym powstanie największa w kraju winnica

Widok na grunt, na którym powstanie największa w kraju winnica

Między Zaborem a Łazem (prawie na pewno) powstanie winnica. Prawie na pewno, bo zanim do tego dojdzie jest mnóstwo pracy do zrobienia. Agencja Nieruchomości Rolnych musi wydzielić pas drogowy pod przyszłą trasę do mostu w Milsku, potem zarząd województwa musi wystąpić do ANR o przekazanie działek na winnicę – tych po obu stronach drogi, potem zaś województwo przekaże ziemię Ośrodkowi Doradztwa Rolniczego w Kalsku, który z kolei wydzierżawi ten grunt winiarzom.

Uff, to zostało ustalone w piątek w Zaborze. Na spotkaniu nie zabrakło wicemarszałek województwa Elżbiety Polak, która jest motorem tego wielkiego przedsięwzięcia, Emiliana Dzika, zastępcy dyrektora oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, wójtów: Zaboru i Bojadeł, zastępcy dyrektora zarządu Dróg Wojewódzkich Ewy Staruch oraz podległych marszałkowi  służb.

Rozmowa była konkretna. Wójt Zaboru Andrzej Bukowiecki zorganizował prezentację multimedialną i wykazał, że winnica może liczyć aż 55 hektarów! Bo obok zajmującej powierzchnię 37 ha działki, o której myśleliśmy wcześniej, dwie sąsiednie – o powierzchni 18 ha – również należą do ANR.

Podczas potkania okazało się, że droga do mostu w Milsku będzie przebiegać przez te grunty, chociaż ani E. Polak, ani E. Staruch nie wykluczyły możliwości, że trasa ominie Łaz od strony północnej i uwolni wspomniane działki. Jednak zmiana koncepcji kosztowałaby około 60 tys. zł. Ten koszt miałaby ponieść gmina, wójt jednak nie zgodził się na to, bo nie dostał gwarancji, że trasa powstanie szybko.

- Szkoda – mówili po spotkaniu winiarze – bo 55 hektarów to byłaby powierzchnia, na której zapewne mogliby pracować wszyscy chętni lubuscy winiarze.

A tych chętnych nie brakuje. Warto wspomnieć, że nikt nie zajmie się uprawą tego gruntu, jeśli włożona praca nie będzie gwarantować zysku. I taki zysk możemy osiągnąć po 7-10 latach, jeśli powierzchnia uprawy zarządzanej przez pojedynczego winiarza nie będzie mniejsza niż trzy hektary.

Gdy okazało się, że gmina nie ma tych 60 tys., szybko doszliśmy do wniosku, że droga przecinająca winnicę wpłynie na jej promocję…

Jest szansa, że pierwsze krzewy posadzimy tutaj na wiosnę 2011. O ile zostaną spełnione warunki wymieniona na początku tego tekstu.

Mróz ściśnie, że aż drzewa będą pękać?!

Piękna zima,  z okna widzę jastrzębia, sarny – i pełno ich śladów na winnicy. Przeskakują przez płot wieczorem, a o świcie ulatniają się. Może im dobrze w naszym obejściu, może smakują im pędy winogron. Ale co musi się dziać w bardziej dzikich rejonach, żeby nie wybiegać za daleko – na przykład nad samą Odrą. Gdzieś za rzeką jest gniazdo orła i na pewno teraz roi się tam od zimujących łabęzi.

Rano na górce we wsi spotkałem pszczelarza, który mówi, że zima bęzie ostra. – Stały wyż umiejscowił się gdzieś nad Skandynawią i może on potrzymać ze trzy miesiące – opowiada pszczelarz z Łazu. – Raz już tak było, jak ścisnęło to tylko było słychcać jak jabłonie pękają! A pękały tak,  że w te szczeliny w pniach dłoń można było włożyć! Temperatura spadła do minus 30 stopni i zaczęło się lekko ocieplać dopiero gdzieś pod koniec lutego. Tak, te zimowe skandynawskie wyże są bardzo niebezpieczne!

Co wtedy dzieje się z winnicą? Jak cienkie jeszcze pnie kilkuletnich krzewów pękną, to przecież nic z nich nie zostanie… Więc na wszelki wypadek słów pszczelarza lepiej nie brać serio. Ale wsłuchujmy się w naturę!

Alibernet czyli Cabernet

Aliberneta nie powinniśmy zbierac przed 1 listopada...

Aliberneta nie powinniśmy zbierac przed 1 listopada...

Alibernet to wino, które nasi goście doskonale pamiętają i wielu z nich wraca do Łazu właśnie z powodu Aliberneta.

Pierwsze 100 krzewów zakupiłem w 2005 roku na Słowacji. Pierwsze wino – zaledwie kilka litrów – pochodziło ze zbiorów 2007 roku. Kiedy odkorkowywałem butelkę wiosną 2008 zauważyłem, że na szkle pojawiła się ciemno-buraczana barwa, której później nie mogłem usunąć. A samo wino? Odkrycie! Potężne taniny z wyraźną kwasowością dają mu niepowtarzalny charakter, a do tego ta barwa – niemal czarna! Tej samej wiosny próbowałem na Słowacji Aliberneta z Modrej – od Matyšáka. I liczyłem, nie wiedzieć czemu, że będzie on choć odrobinę inne od naszego, że znajdę w nim coś więcej, coś innego. Tymczasem ten ich Alibernet, nagrodzony medalami, był identyczny! I dopiero później oświeciło mnie, że to chyba dobrze.

alibernet

W kolejnym roku uzyskałem już 200 litrów Aliberneta, myślę że trochę za dużo, jak na te 100 krzaków. Z tym że redukcje gron przeprowadzałem niemal do początku listopada, to znaczy do zbioru. I usnąłem na pewno dobre 300 kg. Alibernet to bardzo późna odmiana, grona przebarwiają się w Łazie do 10 września, więc na dojrzeje pod warunkiem długiej jesieni. Tak było w 2008 roku, w tym roku Aliberneta ścięliśmy 20 października, ale było go znacznie mniej – bo jakieś 80 kg i nabrał – tak jak rok wcześniej – te 18 Brixów. Szaptalizacja na poziomie 1kg fruktozy na pół hektolitra była wystarczająca.

Jednak ten Alibernet z 2008 roku okazał się nieco inny niż ten dziewiczy – miał mniej tanin i był bardziej owocowy – z wyraźnymi nutami jeżyn i czarnego bzu, no i był ziemisty. To jednak nadal było to wino, którego szukałem: realne, pochodzące z wnętrza tego wzgórza w Łazie. Gęste, czarne, z czasem nabierające atłasowości, krągłości, po prostu esencja tej ziemi.

Alibernet to vitis vinifera, powstał w 1950 roku w instytucie w Odessie, to krzyżówka Alicante Bouschet i Cabernet Sauvignon. Daje wino typu „teinturiére” – barwniki zawarte są nie tylko w powłoce jagód, ale w soku. Już sam sok w gronach na krzakach ma ciemny kolor – tę właściwości ma Alibernet po Alicante Bouschet – a smaku jagód łatwo wyczuć taniny.

Wino doskonale nadaje się do kupażowania – w ubiegłym roku dał świetne wino w połączeniu z Dornfelderem – tak atłasowego nie piłem: smakowało jak bita śmietana z jagodami…

Liście Aliberneta w kolorze rdzy

Liście Aliberneta w kolorze rdzy

Krzew wymaga jednak mnóstwa pracy: pasierby rosną jak szalony, a na nich zaraz pojawiają się kwiaty, a jak nie zdążę ich obłamać, to i małe, zielone grona. Dlatego od maja do października nie wolno odchodzić od Aliberneta na dłużej niż kilka dni…

Na wiosnę będę miał sadzonki Aliberneta na podkładce SO4. Polecam też Zweigelta, Devina, Pinot Blanc, Pinot Noir. Czy są chętni?

200 krzewów posadził tej wiosny Jacek Kapała, nasz sąsiad w Łazie, ten zza miedzy. Także Kinga i Robert Koziarscy, zauroczeni winem, zainwestowali – na próbę – w 50 krzewów.